Nigdy nie
miałam zbyt optymistycznego podejścia do tych wszystkich tandetnych miłosnych
historii, które zwykły czytywać wszystkie moje przyjaciółki. Jak możecie się
domyślić po poprzednim moim wyznaniu nie wierzyłam też w happy endy, kiedy to
książę ratuje księżniczkę od wielgachnego smoka i opowieść kończy się ślubem i
dwójką wspaniałych, gaworzących dzieci. Jednak życie lubi zadrwić z takich osób
jak ja i specjalnie zsyła na nas coś takiego, co wierząca w takie "
brednie" dwunastoletnia dziewczynka nazwałaby bajką.
Przedstawię się Wam teraz, jak powinno
to być w tego typu książkach: jestem Roksana i mam siedemnaście lat. Moja
najlepsza przyjaciółka ma na imię Lucyna i znamy się od czwartej klasy
podstawówki. Postanowiłyśmy iść razem do liceum na profil humanistyczny, a
następnie zostać nauczycielkami lub coś w tym rodzaju, sami wiecie. Do tego
samego liceum wybrał się także mój najlepszy przyjaciel, z którym znam się od
zawsze ( mówię na serio, wprowadziłam się z rodzicami do Radomia, kiedy miałam
sześć miesięcy). Bartek był rok starszy ode mnie i Lucyny, jednak nie
przeszkadzało to w zostaniu trójką najlepszych przyjaciół, których w naszej
okolicy znał każdy. W zeszłym roku do naszej paczki dołączył Albert- mój
chłopak i Amelia- dziewczyna Bartka. Lucyna nie chciała, żeby jej chłopak się
do nas dołączał. Twierdziła, że to zepsuje ich relacje ( może miała rację...) .
Z Amelią szybko znalazłyśmy wspólny język, w końcu Bartek był dla mnie jak
starszy brat i wiedziałam o nim wszystko. W każdym razie Amelia wyprowadziła
się stąd mniej więcej pół roku temu zostawiając Bartka bez cienia nadziei, że
ich związek ma szanse przetrwania. Mało tego, chcąc zostawić po sobie jakieś
wspomnienie, odchodząc puściła plotkę, że zostawia go dlatego, że jest...
gejem. Tak więc zakończyła się nasza znajomość. Teraz, kiedy przypadkiem
zobaczyłabym ją w galerii z jakimś chłopakiem mam ochotę przewiercić ją
wzrokiem...
Albert oczywiście był zazdrosny o
to, że tak dobrze dogaduję się z Bartkiem i robił mi wyrzuty za każdym razem,
kiedy o nim wspominałam. W końcu stwierdził, że nie będzie już dłużej z
dziewczyną, której na nim nie zależy. Skoro tak stwierdził, to postanowiłam się
o niego postarać. Niestety, naszego związku nie udało się uratować, ja jednak
cały czas starałam się go odzyskać. Nie miałam konkretnego planu, po prostu na
każdej przerwie w szkole ( tak, Albert też poszedł do tego samego liceum,
mówiłam Wam o paczce, bla, bla, bla... )podchodziłam do niego, zagajałam jakieś
tematy do rozmowy i tak dalej... jednak
wkrótce miał się zrodzić "doskonały" plan.
Poniedziałki, jak wszyscy wiemy
bywają trudne. Tym bardziej, jeżeli rodzice nie zamierzają się wynieść z grilla
u sąsiadów (u rodziców Bartka- mieszkają naprzeciwko mnie) przed jedenastą w
nocy, a ty masz jeszcze masę pracy domowej. Rano wstałam tak niewyspana, że
parapet szkolny wydawał się idealnym miejscem na ucięcie sobie drzemki...
Jednak nie, nie skorzystałam z oferty, która wydała mi się nawet atrakcyjna...
- Roksa!
Chodź szybko! Padniesz, mam taką bombę, że chyba naprawdę musisz usiąść!- jak
zwykle pełna optymizmu i radości Lucyna, nie dała się długo prosić o
wyjaśnienie tej jakże nagłej napaści... mówiąc szczerze wypaliła z
"bombowym" newsem od razu, nie czekając aż gdzieś usiądę- Samorząd
organizuje konkurs na królową wiosny!- bomba! Samorząd= Judyta...Zaraz Wam
wszystko wyjaśnię- Musisz wziąć udział Roksa, musisz!
-Taa... W
samorządzie jest Judyta, prawda?- w tym miejscu powinnam sprostować: kiedy
przyszłam do liceum wszystko wydawało się takie kolorowe. Wiadomo, nowi ludzie,
którzy jeszcze nie mają o tobie zdania, czyli potencjalni kandydaci na
przyjaciół. Owszem wszyscy, oprócz Judyty i Oli. Były w mojej klasie od września
a ja od pierwszego wejrzenia widziałam, że Judyta, to taki typ człowieka, z
którym na pewno nie mam ochoty się przyjaźnić. Miała starszą siostrę-
przewodniczącą szkoły Milenę. Dostała się do samorządu za jej pośrednictwem.
Gwiazda klasowa, a nawet pomalutku wspinała się na szczyty popularności w
szkole... A Ola? Wierny pomagier czarownicy, czarny kruk, kot, czy jakoś tam.
- Pff... W
czym ona jest lepsza od ciebie? Chyba tylko w udawaniu wielkiej gwiazdy, no
chodź zapisz się chociaż! Spróbuj swoich sił!
Przyznam szczerze, że lubię tego
typu rywalizację i nie, nie boję się przegranej z Judytą, tylko pewnie to ona z
jej siostrą wymyślały reguły konkursu. A one nie są do końca normalne ale i tak
już nie miałam wyjścia, bo Lucyna zaciągnęła mnie do stolika, przy którym
oczywiście zapisy prowadziła Judyta z Olą.
- Witam
panie! Przyszłaś się zapisać Roksana? Spoko... Nie, żeby coś, ale i tak nie
masz szans... ze mną.- złośliwym uśmieszkiem skwitowała swoją wypowiedź.
-Mam takie
same szanse jak ty, poza tym odkąd to wielka Judi- tak, życzyła sobie, żeby
zwracać się do niej, jak sądziła angielską wersją jej imienia- zadaje się z
takim plebstem jak ja?- tak, tak przyznaję, popisywałam się, ale jej mina była
bezcenna...- No pisz pisz, bo chyba po to tu jesteś.
-Okej,
zapiszę cię, ale czy na pewno spełniasz wszystkie wymogi do tego, żeby się
kwalifikować?- znów ten złośliwy uśmiech- Z tego, co mi wiadomo, rozstałaś się
z Albertem.- cios poniżej pasa...- Tak moja droga! Żeby móc się zapisać do
naszego konkursu, musisz mieć swojego potencjalnego króla...
- A skąd
wiesz, że Roksa jest sama? Właśnie, że ma chłopaka!- wyparowała Lucy, po czym
odwróciła się na pięcie pociągając mnie za sobą. Szkoda, że zadzwonił dzwonek-
miałam wielką ochotę wydrapać jej oczy...
Jeżeli się spodobało, to jutro wstawię drugą część ;) Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze dotyczące mojego opowiadania :) Pozdrawiam ciepło Wasza Sunshine.
Karola, tu Karola! :D Fajne opowiadanie! Zaraz będę czytała drugą część! :D
OdpowiedzUsuń